Pełna funkcjonalność tej strony wymaga internetowych ciasteczek, więcej informacji o nich znajdziesz tutaj. AKCEPTUJĘ

Borussia.com.pl & BVB09.pl :: polskie centrum BVB

zapamiętaj mnie


Złoty triumf Borussii Dortmund

Dodał: Paulina, 12.02.2017; 14:03;
Komentarze: 5


Komentarze użytkowników

DamianBorussen, 13.02.2017; 18:58:

Fantastyczny artykuł, a radość po golach mistrzostwo. Dzięki Paulina za mega artykuł. Jutro jedziemy na pełnej od rana z przyśpiewkami. Heja BVB!!!

olb, 13.02.2017; 12:03:

Mega! Łzy w oczach :) Dzięki, Paulina.

Hajzenberg, 12.02.2017; 14:37:

Fajnie się czyta takie rzeczy :) Dobra robota ! :D

Beciio, 12.02.2017; 14:26:

Ale fajna radość z goli, świetnie takie coś się ogląda :D
A fakt jak tamta ekipa by rozniosła naszych obecnych kopaczy lepiej przemilczeć, widać że grali z serduchem i zaangażowaniem, no ale lepszą premię sobie wywalczyli ;)

Mattii, 12.02.2017; 14:17:

Świetna robota Paulina, super artykuł.

Naszym pozostaje tylko życzyć szczęścia, oby w końcu pokazali jaja i wygrali.

Dodaj komentarz

Tylko zalogowani mogą dodawać komentarze

Rozmiar czcionki:
11 - 12 - 13

12 grudnia 2016 roku odbyło się losowanie 1/8 finału rozgrywek Ligi Mistrzów w sezonie 2016/17. Losowanie dla kibiców Borussii Dortmund, która jako zwycięzca grupy F przed Realem Madryt, Legią Warszawa i Sportingiem Lizbona naturalnie znalazła się w gronie 16 najlepszych klubów starego kontynentu, wyjątkowe. Ponownie bowiem los skojarzył ją z Benfiką Lizbona – klubem, który kilkadziesiąt lat temu wywiózł z Dortmundu nieszczególnie pozytywne wspomnienia, a Czarno-Żółtym pozwolił zapisać kolejną piękną kartę w klubowej kronice.

Aby raz jeszcze przeżyć ten legendarny mecz, musimy cofnąć się do roku 1963. Jest późna jesień, a piłkarze Borussii Dortmund znajdują się właśnie w ciepłej Portugalii, gdzie 6 listopada mają rozegrać pierwsze spotkanie I rundy (odpowiednik dzisiejszej 1/8 finału) rozgrywek Pucharu Europy przeciwko Benfice Lizbona. Powiedzieć, że czeka ich trudne zadanie, to jak nie powiedzieć nic. Benfica to w końcu zwycięzca tychże rozgrywek z lat 1961 i 1962 oraz finalista 1963, a co za tym idzie – oczywisty faworyt w starciu z niemiecką drużyną. Faworyt, który nie zawodzi. W pierwszym meczu Portugalczycy pokonują BVB 2:1 – a jest to absolutnie najniższy wymiar kary…

- Benfica dominowała nad nami w każdym aspekcie gry. Portugalczycy powinni nas właściwie odesłać do domu z wynikiem 0:10 w plecaku… - wspomina po latach Reinhold Wosab, strzelec jedynej bramki dla Dortmundczyków w tym spotkaniu.

Podopieczni Hermanna Eppenhoffa wracają więc do Niemiec tylko z lekkim 1:2 w bagażu – i jasnym planem na mecz rewanżowy, który ma się odbyć na dortmundzkiej arenie Rote Erde niespełna miesiąc później…

Wreszcie nadchodzi długo oczekiwany w całym Dortmundzie dzień. 4 grudnia miasto od samego rana tętni życiem w oczekiwaniu na wieczorne starcie Borussii z Benficą. Mimo porażki w pierwszym spotkaniu i faktu, że drużyna z Lizbony zalicza się aktualnie do najlepszych zespołów kontynentu, przez sympatyków BVB przemawia nadzieja i radosne oczekiwanie na 19:30 i pierwszy gwizdek arbitra. Pogoda nie rozpieszcza kibiców, jednak mimo przeszywającego mrozu tłumnie zjawiają się oni na Czerwonej Ziemi.

- O 15:30, czyli na cztery godziny przed rozpoczęciem meczu, stadion był już pełny, a właściwie przepełniony. Oficjalna liczba widzów wynosiła czterdzieści jeden i pół tysiąca, jednak myślę, że było ich około sześćdziesięciu tysięcy. Wielu siedziało na drzewach. Było niesamowicie zimno. Słyszałem potem różne historie. Ludzie opowiadali mi, że nie chcieli nawet ruszać się z miejsca do toalety. Woleli już załatwić się w spodnie, wszystko i tak zamarzało niemal od razu – z rozbrajającą szczerością zdradza Wosab.

Bilet na mecz na dortmundzkiej Rote Erde

Podobne wspomnienia odnośnie tego dnia zachował jeden z mężczyzn, którego miałam okazję poznać podczas zwiedzania stadionu w Dortmundzie, a którego imienia niestety nie pamiętam. Swoją historią podzielił się ze mną i innymi zwiedzającymi przy okazji omawiania dziejów właśnie Rote Erde.

- W 1963 roku byłem jeszcze mały, a na mecz z Benfiką poszedłem z tatą i bratem. Na stadionie było pełno ludzi, myślę, że mogło ich być pięćdziesiąt tysięcy lub jeszcze więcej. My mieliśmy miejsca na trybunie, jednak wielu wolało zamiast tego wdrapywać się na drzewa, bo stamtąd mieli lepszy widok. Dochodziło do kuriozalnych sytuacji, jedni zrzucali drugich, by tylko móc na własne oczy obserwować cud, który miał miejsce na boisku – opowiadał.

Oprócz wiernych kibiców Borussii, którzy zjawiają się tamtego wieczora na stadionie, by dopingować ukochaną drużynę, wśród kilkudziesięciu tysięcy widzów nie brakuje również ludzi, którzy przyszli po prostu obejrzeć mecz lokalnej drużyny z najbardziej atrakcyjnym wówczas zespołem starego kontynentu. I jedni, i drudzy po końcowym gwizdku będą mieli prawo czuć się co najmniej zaskoczeni…

Podczas gdy drzewa rosnące wokół dortmundzkiej areny uginają się pod ciężarem niecierpliwie oczekujących na mecz kibiców, w szatni Borussii wrze. Piłkarze, ubrani już w zaimportowane specjalnie z Anglii, złote, błyszczące w światłach reflektorów trykoty, ale nadal z bosymi stopami, próbują wynegocjować większe premie za ewentualny awans do dalszej fazy rozgrywek. Zamiast obiecanych trzystu marek żądają oni pięciuset. Obiło im się bowiem o uszy, jak wspomina Wosab, że ci Portugalczycy zostaną wynagrodzeni dziesięcioma tysiącami dolarów, czy jakoś tak…

Burzliwe dyskusje przerywa wchodzący do kabiny zarząd klubu, a wraz z nim Ernst Huberty, działacz ARD, ze zdecydowanym żądaniem: - Słuchajcie, ten mecz będzie transmitowany na żywo w pięćdziesięciu krajach. Wychodźcie wreszcie na zewnątrz!

Piłkarze słuchają. Posłuchać musi również zarząd, który ostatecznie zgadza się na podwyższenie premii do proponowanej przez zawodników stawki. Jak ma się okazać już wkrótce – wcale nie niezasłużenie…

Satynowe stroje podopiecznych Hermanna Eppenhoffa nie są jedynym, co rzuca się w oczy po pierwszym gwizdku angielskiego sędziego George’a McCabego. Dokładnie tak samo błyszczą sami zawodnicy, którzy grają, jakby nie robili sobie zupełnie nic z potęgi rywala. Już w 8. minucie Reinhold Wosab o mały włos nie wyprowadza swojej drużyny na prowadzenie, gdy piłka po jego strzale uderza w słupek. To, co nie udaje się Wosabowi, niedługo później doprowadza do skutku Friedhelm Konietzka. Popularny Timo w 33. minucie gry w charakterystycznym, niepodrabialnym stylu zmusza golkipera Benfiki do kapitulacji. Lokalny dziennik Westfälische Rundschau napisze potem, iż Dortmundczycy wyszli na prowadzenie tak późno, ponieważ przesadzili z grą kombinacyjną. Takie słowa o kopciuszku w starciu z wielką Benfiką brzmią lekko nieprawdopodobnie, czyż nie?

Wilhelm Burgsmüller w pojedynku z zawodnikiem rywali

Zanim piłkarze z Lizbony zdążają otrząsnąć się po zadanym przez gospodarzy ciosie, Czarno-Żółci po niespełna 120 sekundach przeprowadzają kolejny udany atak. Franz Brungs podnosi wynik na 2:0, a kolejne dwie minuty później – na 3:0. Rezultat ten utrzymuje się do przerwy. I wcale nie zanosi się na to, by miał to być ostateczny wymiar kary dla Portugalczyków…

Tuż po wznowieniu gry (tak, dobrze myślicie – dokładnie dwie minuty po gwizdku) Franz Brungs po raz kolejny pokonuje golkipera Ritę i trafieniem na 4:0 ostatecznie przekreśla marzenia gości o wywiezieniu z Niemiec korzystnego wyniku i awansu. Brungs, który w Dortmundzie przeżywał dotychczas nieszczególnie udany okres, pogrąża europejską potęgę i notuje swój najlepszy mecz w karierze.

Lata później (w 2011) renomowany magazyn piłkarski 11Freunde pokusił się o przeprowadzenie wywiadu ze zdobywcą hattricka w pamiętnym meczu przeciwko Benfice. W tym miejscu wypadałoby przytoczyć najważniejsze wypowiedzi bohatera, o którym Westfälische Rundschau pisało później, że rozegrał mecz, jaki w wykonaniu napastnika od dawna w Dortmundzie nie miał miejsca.

- Wówczas Benfica była drużyną z europejskiej czołówki, z wielkim Eusebio w składzie. Radość towarzyszącą oczekiwaniu na rewanżowy mecz w Dortmundzie dało się odczuć dosłownie wszędzie. Możliwość walki z nimi na Rote Erde była dla wszystkich nas czymś szczególnym. Bilety zostały wyprzedane na długie tygodnie przed meczem, a nastrój w samym dniu spotkania był po prostu nieopisany i towarzyszył mi później przez całą karierę. Czegoś takiego nie przeżyłem już nigdy. Wiedzieliśmy, że nie mamy prawa zmarnować tej szansy, choć prawdopodobnie nikt nie odważyłby się postawić na nas choć feniga.

- Po naszej stronie stała pogoda. To był mokry i zimny wieczór, a przybysze z południa Europy nie byli przyzwyczajeni do takich warunków. W dodatku ziemia była lekko zamarznięta. My doskonale to znaliśmy, wszak wówczas nie było jeszcze ogrzewanej murawy ani zimowej przerwy od rozgrywek. Dzięki temu łatwiej było utrzymać stabilność, jednak technicznie grające drużyny miały problemy z płynną grą piłką. Ponadto tuż przed meczem rozstrzygnęło się, czy Eusebio będzie w stanie wystąpić. Nie mógł. Oczywiście był to bardzo niebezpieczny gracz, ale szczerze wątpię, czy byłby w stanie sam zadecydować o losach tego meczu. My byliśmy świetni!

- Tamtego wieczora udawało nam się dosłownie wszystko. Podczas gdy zawodnicy z Lizbony nie potrafili nawet zbudować akcji, w naszej drużynie każdy pracował na rzecz kolegów. Przez 90 minut graliśmy naprawdę niesamowity futbol. Zadawaliśmy rywalom cios za ciosem, widzowie nie mieli czasu na odpoczynek między świętowaniem kolejnych goli i akcji. Nie chciałbym zabrzmieć arogancko, ale sądzę, że stać nas było na dwie, trzy bramki więcej…

Ostatecznie licznik zatrzymuje się na pięciu golach. Po trafieniu Konietzki i hattricku Brungsa przysłowiową kropkę nad i stawia Reinhold Wosab, zdobywając w 58. minucie bramkę na 5:0. 5:0 przeciwko wielkiej Lizbonie, zwycięzcy Pucharu Europy z lat 1961 i 1962, najbardziej utytułowanemu zespołowi Portugalii. Nic dziwnego, że po ostatnim gwizdku sędziego widzowie koniecznie chcą mieć pamiątkę z tego wydarzenia…

- Tuż po zakończeniu meczu kibice wtargnęli na murawę. Wiecie, w tym meczu występowaliśmy w złotych, satynowych koszulkach, które ładnie błyszczały. I to chyba podobało się fanom. Jeden z nich dosłownie przyczepił się do mnie i chciał zerwać kawałek z mojej klatki piersiowej. Byłem naprawdę szczęśliwy, gdy udało mi się dotrzeć do kabiny – wspomina Brungs.

Timo Konietzka i Hoppy Kurrat po końcowym gwizdku sędziego

Atmosfera wśród sympatyków i działaczy Benfiki była zgoła inna. Rozpoczęło się szukanie przyczyn porażki. Czy drużyna prowadzona przez Lajosa Czeislera nie doceniła przeciwników? Czy decydujący okazał się być brak kontuzjowanego Eusebio?

- Jestem przegranym. Oceniam się jednak jako szczęśliwca, ponieważ miałem okazję oglądać ten wspaniały pokaz futbolu – komentuje krótko Czeisler. I, jak widać, proste słowa czasem przekazują najwięcej…

Gdybyśmy chcieli nieco bardziej zagłębić się w statystyki, porażka Benfiki na Rote Erde jest wyjątkowa z jeszcze jednego względu. Ten dwumecz jest pierwszym w Pucharze Europy triumfem niemieckiej drużyny nad zespołem z Półwyspu Iberyjskiego. Wcześniej Eintracht Frankfurt, Hamburger SV, 1. FC Nürnberg czy Werder Brema próbowały tego dokonać – na próżno. Real Madryt, FC Barcelona, Atletico Madryt oraz Benfica zawsze okazywały się lepsze.

Po zakończeniu spotkania piłkarze oraz działacze zarówno Borussii Dortmund, jak i Benfiki, udają się na wspólną kolację do eleganckiej restauracji Römischer Kaiser (w dosłownym tłumaczeniu Rzymski cesarz).

Karta dań z restauracji Römischer Kaiser z podpisami graczy Borussii i Benfiki

- W Römischer Kaiser byliśmy wspólnie z piłkarzami z Lizbony. Nastrój, jaki panował w naszych szeregach, był oczywiście doskonały, jednak goście z Portugalii wcale nie bawili się gorzej. Bez zazdrości przyznali, że byliśmy tego wieczora lepsi, zresztą nic innego im nie pozostawało. Tak więc wspólnie wypiliśmy piwo – zdradza Wilhelm Burgsmüller.

Oprócz graczy Eppenhoffa i Czeislera w ucztowaniu biorą udział inni goście. Równie wyjątkowi, co bohaterowie rozegranego kilka godzin wcześniej meczu – a może i bardziej? Mowa o górnikach, którzy przed niespełna dwoma miesiącami przeżyli katastrofę w Lengede. Zginęło w niej 29 mężczyzn, a ci, którym udało się uratować, świętowali teraz jeden z największych sukcesów Borussii Dortmund – jednego z wielu klubów piłkarskich, których historia ściśle łączy się z węglem i stalą i które dla górniczego rejonu Zagłębia Ruhry są wręcz bezcenne.

- Oni – przypomina sobie Reinhold Wosab – wszyscy mieli wtedy łzy w oczach…

Starcie Borussii Dortmund z Benfiką Lizbona to jeden z najpiękniejszych i najbardziej godnych wspominania spektakli, które kiedykolwiek stały się udziałem niemieckich drużyn na arenie międzynarodowej. Późniejszy prezydent BVB, Gerd Niebaum, określił go nawet meczem, o którym w międzyczasie mówiło dwieście tysięcy osób, jakoby widzieli go na własne oczy. Czy w rzeczywistości było ich tak wielu? Tego nikt nie wie. Pewnym jest jednak, że takie widowisko, jakie miało miejsce wieczorem 4 grudnia 1963 roku w Dortmundzie, chciałby obejrzeć chyba każdy sympatyk futbolu.

Być może historia po raz kolejny zatoczy koło i okazję do tego będziemy mieć już wkrótce?

 

Pełny mecz Borussia Dortmund - Benfica Lizbona z 4 grudnia 1963 roku do obejrzenia poniżej:

BVB: Tilkowski – W. Burgsmüller – Redder – Kurrat, Geisler, Sturm – Wosab, Schmidt, Brungs, Konietzka, Emmerich
Benfica: Rita – Cavem, Cruz – Coluna, Luciano, Humberto – Augusto, Santana, Yauca, Serafilm, Simoes
Widzów: 41 500 (oficjalnie)
Gole:
1:0 Konietzka 33’ 
2:0 Brungs 35’ 
3:0 Brungs 37’ 
4:0 Brungs 47‘ 
5:0 Wosab 58‘

Drużyna Borussii Dortmund z sezonu 1963/64

 

Źródła zdjęć: bvb.de; ruhrnachrichten.de; dortmund.de; the-saleroom.com; schwatzgelb.de



Źródło: D. Schulze-Marmeling, G. Kolbe "Ein Jahrhundert Borussia Dortmund. 1909 bis 2009" / Foto: www.dortmund.de